poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Krew Elfów, Miecz Przeznaczenia i zapchana wanna.

Tyle czasu minęło i tak wiele się wydarzyło, że aż nie wiem jak zacząć.
W sierpniu 2013 odeszła moja ukochana Babcia, a niedługo później, po prawie sześciu latach, rozstaliśmy się z Łukaszem. Moja rodzina skurczyła się do osoby Mamy. Ale ja w sumie nie o tym...

Dość ciężko rozstać się w miarę sprawnie, kiedy wszystko, łącznie z mieszkaniem, jest wspólne. Właściwie to prawie jak rozwód. Zajęło nam więc dłuższą chwilę podzielenie rzeczy, znalezienie dwóch mieszkań i najemców na mój niegdysiejszy "Dream House". Jako, że lubię sobie utrudniać życie, nie znalazłam żadnego lokum, które by mi pasowało wystrojem, więc wybrałam... co tu dużo mówić, melinę do kompletnego remontu. A remont trwał i trwał i trwał... tym bardziej, że robiłam go sama, z pomocą kolegów. Na dzień dzisiejszy więc, jestem obeznana w kuciu ścian, tynkowaniu, gładziach, szlifowaniu, docinaniu wykładzin, zrywaniu paneli i boazerii, o malowaniu i składaniu mebli nie wspomnę.
Zaczęłam naiwnie - "po prostu tu pomaluję". Odpadła mi cała ściana... do płyty, z dziesięcioma warstwami farby i całym tynkiem. Później wymyśliłam barek i otwartą kuchnię, więc trzeba było wywalić ścianę, wyrwać futryny. Wspominałam o panelach, boazerii, czy jakkolwiek można nazwać to plastikowe paskudztwo z wczesnych czasów Gomułki. Oderwawszy pierwszy panel, przeżegnałam się nogą przez plecy - na ścianach całej kuchni ukazała mi się mocna, zielona farba olejna. Jak można pokryć olejną? Nie można... trzeba skuć. Łom, młotek, mesel, chłopaki i walimy w ściany przez trzy dni, każdy swoim ulubionym narzędziem. Jeśli położyłam już gładź w pokoju i kuchni, to może machnąć też łazienkę i sufity? Czemu nie, mam czas. Ściany "stoją", więc pora zerwać tę obrzydliwą wykładzinę i po raz kolejny dostać stanu przedzawałowego... A tu niespodzianka - drewno! Brzydkie, umazane na brązowo, ale drewno, a z nim można zrobić wszystko. Uwielbiam szwedzkie domy z podłogami z desek umalowanych na biało! No to jesteśmy w domu. Tak mi się wydawało, dopóki nie dowiedziałam się, że mamy idealnych najemców na nasze stare gniazdko, którzy... wprowadzają się za tydzień. Aaa... AAA!!! Przecież jeszcze nie podłączyli mi internetu, nie umalowałam okien, nie wymieniłam drzwi... Baa ja się nawet nie spakowałam. Wdech, wydech, wdech... nie, nadal panikuję. Meble, muszę kupić meble! I wannę... i więcej mebli.
Ok, jestem, przeprowadziłam się. Ja, kartony, dużo kartonów, walizki, jeszcze trochę kartonów, tak po sufit mniej więcej, Larry i Mruczek, którzy zaczęli się ganiać. Co chwilę coś z hukiem spada na podłogę. Nie mam siły się denerwować, zarywam noc, jedną, drugą. Jestem w 90% rozpakowana.
W tzw międzyczasie o trzeciej w nocy mam kontrolną wizytę złodziei... Rozważam Rottweilera, Amstaff wydaje mi się zbyt mały na tę okazję... Spoko, to tylko prawa Murphyego, czekam, co jeszcze się spieprzy. Odpadł przód od szuflady? Nie dziwi mnie to... O wanna zapchała się na Amen... Nie denerwuję się, a co tam... W Ikei oczywiście nie ma akurat wszystkich mebli, które upatrzyłam sobie do łazienki. Poczekam...
W międzyczasie Larry, którego przytargałam z drugiego końca Polski ma skręt żołądka... po kilku dniach kolejny. Jeżdżę po całym mieście, niby dużym, a w każdej lecznicy odsyłają mnie gdzie indziej, bo nie ma na dyżurze dwóch chirurgów. Zatrzymuje mnie policja, mówię policjantowi, że jak chce wypisać mandat, to może za mną jechać, bo ja nie mam czasu się zatrzymywać, pies wymaga natychmiastowej operacji. Facet widząc owczarka z wenflonem w brzuchu, puszcza nas bez mandatu. Trafiamy do szpitala dla psów, gdzie Larson zostaje zatrzymany na tydzień i natychmiast idzie na stół. Dzwonię co parę godzin, aż w końcu słyszę, że dowiemy się w ciągu kilku najbliższych dni, czy przeżyje. Rozważam naukę obgryzania paznokci... Mam na głowie remont, przeprowadzkę i chorego psa. Coś jeszcze? Nie wiem, na przykład atak obcych? Ah, nie wspomniałam - w weekendy studiuję we Wrocławiu, a w "wolnych chwilach" piszę dwa biznesplany. Ok nie oszukujmy się, ja nie mam "wolnych chwil".

Mijają dwa tygodnie, szefu odzyskuje siły. Jedno zmartwienie mniej, teraz jest już po plastyce żołądka i nic złego się nie wydarzy. Jest Wielka Sobota, po zarwanej nocy wstaję o 14 i wybieram się po blat, zlewozmywak, kołki, lustro (tak, nie mam żadnego lustra...), kosze, deskę do sedesu. Oh, naprawdę już zamknęli sklepy? Nie, nie ma sprawy... właściwie, to wcale mi nie zależało. Kurwa...
Zaraz, Tesco jest do osiemnastej? Pędzę na złamanie karku, udaje mi się kupić pojemniki na karmę dla zwierzaków, kuwetę z łopatką i kaszkę dla niemowląt. Nie mam jeszcze kuchenki, a muszę jakoś przetrwać. Łopatki oczywiście zapomniałam zabrać z domu... szczoteczki do zębów zresztą też. Mam za to seledynowe męskie bokserki CK... Taaak...
W niedzielę nadal się rozpakowuję i idzie mi to coraz wolniej - teraz już sortuję, co mam, układam. Złodzieje jak na razie nie wrócili, jednak nadal gorąco myślę o drugim psie. Uwielbiam Rottki, ale pewna Amstaffka skradła mi serce. Mruczek w czasie tego całego zamieszania postanawia pozwiedzać okolicę. Po kilku godzinach orientuję się, że nie mam w domu kota... Martwię się, bo to dupa, a nie kot. Znajduję pierdołę w piwnicy. Jest teraz bardziej czarny niż biały. Jestem już zmęczona bałaganem. Wynoszę codziennie po dwa wielkie wory śmieci, a wciąż tu i ówdzie pałętają się jakieś rzeczy. Na barku nie mam jeszcze blatu, więc kot zrzuca z niego kolejne szklanki i ... klucze. Jestem zamknięta i nie mam jak wyjść z domu. Odnajduję je dopiero dzień później - w kartonie z porcelaną.
Dziś poniedziałek.. sklepy nadal zamknięte, więc moje kuchenne szafki, które powinny wisieć, smętnie stoją na podłodze. Larry pachnie olejkiem, który rozlał, a następnie się w nim położył. Zaczynam się zastanawiać, jak się nazywam... ale to nic! Jeszcze muszę dociąć wykładzinę w paru miejscach i posprzątać, a jutro wieszanie szafek, pólek na książki, blat i lustro. Nadal nie mam rolet, a przed moim oknem są ławki i fontanna, więc mam swojego rodzaju Big Brothera...

Wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Nie do końca wiem, jak to robię, ale mam jeszcze czas na randki :) Miesiąc temu poznałam M. i na razie nic więcej nie powiem, poza tym, że na naszym drugim spotkaniu... malowaliśmy ściany ;)

A... jeszcze jedna rzecz, która może Wam się przydać - remont, wiadomo - dłonie robotnika, zapomnij o paznokciach... Zrobiłam, pierwszy raz, wzmocnienie żelem i hybrydę. Przetrwały bez jednego odprysku.

Za kilka dni, kiedy w miarę ogarnę gniazdko, dodam zdjęcia, ale póki co, moim routerem jest... telefon.



POSH

piątek, 10 stycznia 2014

Shine bright like a Diamond ;)

Sweter - Camaieu
T-shirt - H&M
Spodnie - H&M
Torebka - Wojas
Naszyjnik - Zara
Kozaki - Lasocki





Shine bright like a Diamond
POSH

niedziela, 5 stycznia 2014

Back in Black

No i jestem, choć niestety jest szansa, że znów zniknę, bo będę potrzebowała innego obiektywu :/

Sweter - Reserved
Leginsy - Calzedonia
Bikery - Vintage





Zobacz stylizację w - MODNAPOLKA.pl POSH

środa, 30 października 2013

EKO życie

Tysiąc pomysłów na zestawy i totalny brak czasu na ich uwiecznienie... ale wszystko z czasem, a póki co...

Łatwo było mi usunąć jednym ruchem ręki cała chemię, która stała w łazience. Myśl o tym, że wcieram w siebie "Domestosa" skutecznie zabiła wyrzuty sumienia z powodu wyrzucenia sterty kosmetyków. Skóra bardzo mi za to podziękowała, samopoczucie psychiczne bez chemii zdecydowanie lepsze ;)
Na tym się jednak niestety zatrzymałam niecały rok temu i reszta domu pozostawiała wiele do życzenia: Płyny do czyszczenia i płukania, proszki, odplamiacze, tabletki do zmywarki. Wydawało się to wszystko mniej ważne, bo nie dotykało mnie bezpośrednio.
Dobry moment na zmianę pojawił się sam - tanie tabletki do zmywarki zniszczyły pompę odpływową, w której wirniku zrobił się wielki, zbity kamień z proszku.
No dobrze, musimy zatem kupić nowe tabletki i wyrzucić te, które mamy, a to dobry moment, żeby zastanowić się nad tabletkami ekologicznymi... które trzeba zamówić. Zamawiamy, płacimy za przesyłkę - ok, to może wypróbujemy coś jeszcze? Tak, żeby mieć zupełnie zielony dom? To od zawsze moje marzenie - natura dostarcza nam naprawdę wszystkiego, więc bez najmniejszej straty możemy przestać sięgać po szkodliwą chemię.

I tak np najskuteczniejsze odplamiacze i wybielacze, to czysty tlen, a preparaty do mycia toalet - roślinnie zagęszczony kwas cytrynowy. Po co więc wdychać toksyczne opary czyszcząc kibel? Ha! Niby skąd bierze się większość zachorowań na astmę?

Płyny do mycia szyb, którymi czyszczę prawie wszystko - szafki, blaty, lustra, kuchenkę, lodówkę, monitor, łatwo było mi znaleźć ekologiczne - Rossmann za bodajże 5zł (porównanie Clin, który nie jest eko kosztuje 8zł), Tesco też ma swój zielony produkt, ale nie widzimy na nim żadnego certyfikatu. Ci ostatni stworzyli drobną Eko-serię Greener Living, która ma notabene przepiękne opakowania :) Mamy tutaj w/w płyn do szyb - spisuje się na piątkę, uniwersalny płyn do mycia i biodegradowalne worki na śmieci. Wszystko w naprawdę przyzwoitych cenach.




Od ręki, bez latania po sklepach ekologicznych możemy też kupić kilka rzeczy w Rossmannie:

Ekologiczne pieluszki, oliwkę Babydream, płyn do mycia szyb, papier toaletowy, płyn do naczyń i płatki kosmetyczne.



Niestety to wciąż bardzo mało... Żeby kupić proszek, płyn do płukania, czy tabletki do zmywarki, musimy się nalatać po małych ekologicznych sklepikach, albo... zrobić zakupy bez wychodzenia z sypialni. Ja postawiłam na te ostatnie i zamierzam przetestować poniższe produkty:

płyn do płukania tkanin
uniwersalny koncentrat do czyszczenia (używam ich głównie do podłog)
zielone coś zamiast Kreta (jestem tego bardzo ciekawa)
tlenowy wybielacz (również palę się, by wypróbować)
żel do wc na bazie kwasku cytrynowego (który jest absolutnie idealny do czyszczenia armatury z nawet najgorszego kamienia i to bez szorowania - wystarczy pół saszetki kwasku, odrobina ciepłej wody i szmatka; armatury, czajnika, wanny, toalety, filtra do wody i czego tylko sobie nie wymyślicie)
proszek do prania
tabletki do zmywarki









Idąc dalej w tym temacie, warto wspomnieć, że dostałam zaproszenie na targi Natura Food - Be ECO, które odbywały się jednocześnie z targami roślin ;)

Całą imprezą jestem raczej zawiedziona. Niemal zero specjalistycznej prasy, dwa stoiska z kosmetykami, które nie były w żadnym razie ekologiczne, a co najwyżej nieco mniej chemiczne od tych z drogerii. Można było podobno dostać tabletki do zmywarki, ale ja nie odnalazłam stoiska. Poza tym prawdziwe miody, regionalne piwa, nalewki, sporo kiełbas, soki bez cukru, produkty z sekcji Eko, które znajdziemy w hipermarketach i wielkie stoisko Czarnocina, mojej ukochanej, mlecznej firmy, której produkty z trudem gdziekolwiek dostać :/ Poza tym jedno stoisko ze środkami higieny.

Ledwo zdążyłam zrobić kilka zdjęć i padła mi bateria w telefonie. Poza tym było koszmarnie gorąco :(







 Najbardziej jednak ucieszył mnie prezent od wydawcy i redaktorki naczelnej Wegetariańskiego Świata, która obdarowała mnie wszystkimi numerami gazety :)


Część moich zdobyczy: zapas oleju kokosowego, próbka oleju awokado, kieszonkowy słoiczek kokosa i ekologiczne płatki i patyczki



Na koniec jeszcze taki mały zwiastun...

Przeglądając ostatni SKARB Rossmanna trafiłam na reklamę suplementów Noble Health. Składy wydały się bardzo ciekawe w swej prostocie, ale w żadnym razie banalne. Nie było tam wyciągu z ogórecznika i babki lancetowatej, nazw, z którymi spotykasz się pierwszy raz czytając etykietę, ale też nie były to cynk i żelazo, które mają zdziałać cuda wianki...


Poleciałam czym prędzej do Rossmanna i z czterech upatrzonych przeze mnie, z trudem znalazłam w ich bałaganie na półkach trzy. Dobre i to, na tych najbardziej mi zależało.

W sieci na blogach możemy znaleźć kilka recenzji, jakże pozytywnych, jednak każda zaczyna się od słów "dzięki uprzejmości firmy xxx miałam przyjemność testować(...)" 
Artykuły sponsorowane?
Nie wiem, ale jak mówiłam, skład mnie zaciekawił.

Niniejszym, zamierzam podzielić się swoimi doświadczeniami po upływie miesiąca, dwóch od rozpoczęcia brania suplementów.

DOUBLE DETOX

Kilka słów od producenta:
 -Działa dwufazowo usuwając toksyny na poziomie komórkowym i jelitowym
-Wspomaga oczyszczanie organizmu eliminując zaległe toksyny i złogi spowalniające metabolizm
-Wspomaga proces usuwania wolnych rodników i szkodliwych produktów przemiany materii
-Wspomaga detoksyfikację przywracając równowagę flory jelitowej
-Sprzyja redukcji tkanki tłuszczowej przygotowując organizm do skutecznego odchudzania
-Pomaga w zachowaniu dobrego zdrowia i samopoczucia
-Dzięki zawartym składnikom sprzyja odchudzaniu zmniejszając uczucie łaknienia
-Korzystnie wpływa na jakość włosów poprawiając ich strukturę i wygląd


Skład:
1 tabletka zawiera:
Sproszkowany sok z aloesu 10mg
Błonnik owsiany 100mg
Suchy wyciąg z mniszka lekarskiego 25mg
Suchy wyciąg ze skrzypu 25mg
Chrom 20µg* (50%)
*RDA – procent dziennego zapotrzebowania na minerały



Skrzyp znam i uwielbiam, błonnik wszyscy znamy, ale zaciekawił mnie tutaj sok z aloesu, który jest przecież tak zdrowy jak ohydny w smaku :)


COLLAGEN


Informacja od producenta:

Collagen Noble Health dostarcza organizmowi kolagenu, białka które jest kluczowym budulcem tkanki łącznej (skóra i kości). Wewnętrzna warstwa skóry zawiera dużą ilość kolagenu we włóknach, które są odpowiedzialne za elastyczność i strukturę skóry. To jeden z najważniejszych komponentów tworzących od 70 do 80% warstwy skóry.
Tabletka Collagen:
  • Collagen zawiera witaminę C, niezbędną dla formuły kolagenu i jego maksywalnej absorpcji
  • Witaminy C i E znajdujące się w suplemencie diety działają jako super antyoksydanty, wzmacniając odporność systemu immunologicznego i zwalczają wolne rodniki.
  • Ekstrakt z winogron zawarty w tabletkach Collagen bogaty jest w OPC (oligomeryczne procyjanidyny - mają 50-krotnie wyższe stężenie od witaminy E i 18-krotnie wyższe od witaminy C).
  • Collagen zawiera składniki odżywcze, korzystnie wpływające na skórę, włosy i paznokcie.
  • Niweluje i zapobiega powstawaniu zmarszczek mimicznych.
  • Zapobiega pojawianiu się nowych zmarszczek.
  • Zmniejsza cellulit.
  • Pomaga zachować piękną cerę bez wyprysków
  • Poprawia i wyrównuje koloryt skóry (rozjaśnia przebarwienia).
  • Zmniejsza pory i skutecznie napina delikatną skórę w okolicach oczu, szyi i podbródka.
  • Wpływa na ujędrnienie całego ciała.
  • Korzystnie wpływa na stawy.


Skład 1 tabletki:
Kolagen rybi 200mg
Witamina C 20mg (25%)*
Ekstrakt z winogron 10mg
Witamina E 3mg (25%)*
*RDA – procent dziennego zapotrzebowania na witaminy


Niby oczywiste, ale nigdy nie sądziłam, że są preparaty z kolagenem do łykania :) Co więcej, nowa wersja posiada w składzie dodatkowo kwas hialuronowy, więc na pewno się skusze na jeszcze jedno opakowanie.


GRAPE SEED EXTRACT (polecany jako kuracja uzupełniająca COLLAGENU)



Charakterystyka produktu:
Ekstrakt z pestek winogron bogaty jest w OPC (oligomeryczne procyjanidyny) którego stężenie jest 50-krotnie większe od witaminy E i 18-krotnie większe od witaminy C.
Wzmacnia włókna kolagenowe i elastyny.
Wzmacnia i uelastycznia ścianki naczyń krwionośnych, dzięki czemu zwiększa ich przepustowość, usprawniając krążenie co zapobiega puchnięciu i uczuciu tzw. „ciężkich nóg”.
Wzmacnia naczynia włosowate skóry zmniejszając powstawanie obrzęków i cieni pod oczami.
Chroni skórę przed promieniami UVB.
Zapobiega przebarwieniom posłonecznym.
Pielęgnuje i wzmacnia skórę naczyniową.
Zmniejsza skłonność do wybroczyn i siniaków.
Usprawnia mikrokrążenie – profilaktyka cellulitu.
Spowalnia procesy starzenia się skóry, chronią ją przed utratą jędrności i powstawaniu zmarszczek.
W kosmetyce ekstrakt z winogron polecany jest w profilaktyce cellulitu i pielęgnacji cery naczyniowej, a także dla osób ze skłonnością do siniaków.




Skład 1 tabletki:
Ekstrakt z pestek winogron (Vitis Vinifera L.) 150mg
Ostatnim moim celem był Sun Boost, ale jego niestety nie znalazłam na półce. Ma on w składzie beta karoten z witaminą D3, której nigdzie samej nie mogłam dostać. Niestety wszędzie pakują wapń+D3, a mnie nie chodzi o gęstość kości, a o zdrowe opalanie... 


Jeśli tylko doczekam się jakichkolwiek rezultatów, bądź nie, postaram się wszystko opisać :)



POSH

środa, 23 października 2013

Sposoby na jesień :)

Polacy to takie człowieki, które wszędzie znajdą dziurę i powód do narzekania. Nie odkrywam tu Ameryki, bo fakt jest powszechnie znany. Szczególnie widoczny, kiedy wracamy gdzieś zza granicy i widzimy te ponure, niezadowolone ze wszystkiego dookoła twarze. Mamy kryzys, zarabiamy coraz mniej, ceny mięsa i skórzanych kurtek rosną jak na drożdżach, ale są rzeczy, które były i będą zawsze za darmo... Tylko już nie umiemy ich dostrzec.
Za każdym razem, kiedy wychodzę na spacer z Edwardem, karcę się w myślach za to, że po raz kolejny nie wzięłam ze sobą aparatu. Czy zrobiłabym cudowne pejzaże na miarę Chełmońskiego? Oczywiście, że nie i nie o to w tym chodzi, ale o samą przyjemność, jaką daje patrzenie na świat kadrem. Zatrzymanie się na chwilę, znalezienie dobrego kąta, zrobienie paru zdjęć (a nuż coś wyjdzie przypadkiem). Przede wszystkim chodzi jednak o umiejętność dostrzegania piękna. Poddania się chwili i popłynięcia z nią - zapomnienia. Poranny mostek w parku osnuty mgłą, mokre liście na ulicy, wschód i zachód słońca na polach z suszącym się sianem, pusta droga pokryta dywanem czerwonych liści. To wszystko cieszy i jesteśmy ogromnymi szczęściarzami żyjąc w klimacie, w którym występują pory roku. A cieszy tym bardziej, jeśli mamy choć cień szansy uwiecznienia tego wspomnienia.
Mam koleżankę, która, kiedy ostatni raz ją widziałam, marudziła, ile sprzątania przez te liście, żołędzie... Ciągle biega i zamiata. I mówiąc ciągle, właśnie to mam na myśli, bo robi to raz, dwa razy dziennie. Ile ja bym dała, żeby mój ogród usłany był szeleszczącym dywanem kolorów. Zakopywałabym w nich psa i bawiła się jak małe dziecko, o zbieraniu liści już w ogóle nie wspominając :)
Pamiętam jak kiedyś zerwałam się w styczniu raniutko, ubrałam niczym bałwan i z kiepskiej jakości małpką wyruszyłam na obrzeża miasta. Warunki były idealne - słońce i świeża kołdra śniegu. Buszowałam po polach dobre dwie godziny, łzy od słońca zamarzały mi na twarzy, ale nie czułam zimna. Byłam tak pochłonięta dzikim, nienaruszonym przez człowieka pięknem. I jeśli pamięć mnie nie myli, był to mój najbardziej udany dzień tamtej zimy. Na sam koniec wytarzałam się w śniegu i wróciłam na ciepłe kakao do domu.
Ciągle ze sobą walczę, by nie zapominać takich małych szczęść, bo mam wrażenie, że z wiekiem stajemy się coraz bardziej sztywni i smutni. Przynajmniej ja się taka staję i trochę mnie to martwi.

Pora roku jest piękna, a pogoda idealna - jednego dnia mgła, drugiego deszcz, a trzeciego słońce i ciepełko, więc aparaty w dłoń i pozwólcie sobie na odrobinę zapomnienia i dziecięcej radości :)